Mam na imię Tomek i mieszkam sam w małym mieszkaniu na drugim piętrze bez windy. Moje nogi odmówiły posłuszeństwa jakieś dziesięć lat temu, po wypadku na budowie. Na początku myślałem, że zwariuję. Ściany, cztery ściany, telewizor, książki, ściany. Świat zrobił się ciasny, zamknięty na klucz, który wyrzuciłem przez okno. Nie mogłem nawet wyjść na papierosa, nie prosząc o pomoc sąsiada. Człowiek czuje się wtedy jak roślina doniczkowa, którą ktoś przestawił w cień.
Internet był oknem, ale i tak głównie stałem przy tym oknie i patrzyłem, jak inni żyją. Przeglądałem VK, bo zostało mi jeszcze trochę znajomych ze wschodu, z czasów, jak jeszcze jeździłem w delegacje. Patrzyłem na ich zdjęcia z wakacji, z grilla, ze spacerów. Zwykłe rzeczy. Aż któregoś wieczoru, przewijając feed, natknąłem się na reklamę. W sumie nawet nie reklamę, tylko taki zapisany obrazek, mem. Ktoś z mojej listy skomentował: „Fajne, kręci się”.
Przeklikałem i trafiłem na stronę. W pierwszej chwili pomyślałem: „O, nie, hazard. Nie ma mowy”. Zawsze byłem przeciwnikiem hazardu. Uważałem, że to pułapka na frajerów, podatek od głupoty. Ale na tej stronie, w tym , jakoś inaczej to wyglądało. Nie było tych jaskrawych, nachalnych kolorów, nie czułem tego smrodu podrzędnego salonu gier. Było czysto, przejrzyście. Pomyślałem: „Co mi szkodzi? I tak nie mam nic do roboty, a kawy wypiłem już za dużo”.
Zarejestrowałem się, dali mi jakiegoś durnego bonusa powitalnego bez depozytu. Myślałem, że pogram przez pięć minut. Usiadłem wygodnie, poprawiłem poduszkę pod plecami i włączyłem pierwszy automat. Jakiś prosty, owocowy. Przegrałem te grosze w trzy minuty. No i tyle. Ale coś zostało. Ten dźwięk, ten moment, kiedy bębny stają w miejscu. To było jak zastrzyk adrenaliny, którego nie czułem od lat. Nawet nie chodziło o pieniądze.
Następnego dnia obudziłem się i od razu pomyślałem, żeby wpłacić dwie dychy. Tak, wpłaciłem dwadzieścia złotych, żeby mieć prawdziwe środki. Powiedziałem sobie, że to cena biletu do kina, na które i tak nie mam jak pójść. Zacząłem od małych stawek.
Początki były do bani. Naprawdę. Wpłacałem po dwadzieścia, wygrywałem trzydzieści, wpłacałem kolejne dwadzieścia, przegrywałem wszystko. Wciągnąłem się w tę gonitwę. To nie była chciwość, to była walka z monotonią. Każda wygrana, nawet pięciu złotych, była jak małe zwycięstwo nad moją sytuacją. W końcu mogłem na coś wpłynąć. Nie tylko na to, co dziś zjem, ale czy kliknę przycisk, czy nie.
Przełom nastąpił miesiąc później. Była sobota, za oknem lało jak z cebra, a ja miałem straszny dół. Wszystko mnie bolało. Nie miałem siły nawet wziąć pilota. Leżałem i patrzyłem w sufit. Wziąłem telefon do ręki, bardziej po to, żeby się czymś zająć, żeby nie myśleć. Wszedłem na konto.
Postanowiłem zagrać w jakąś grę na żywo z krupierem. Do tej pory unikałem tego, bo bałem się, że będę się czuł głupio, że ktoś na mnie patrzy. Ale ten facet, krupier, w ogóle się mną nie przejmował. Mówił do kamery, tasował karty, uśmiechał się.
Zrobiło się późno. Postawiłem większą kwotę, jakieś dwie stówy, na prostą grę w bakarata. I nagle wszystko zaczęło się układać. Wygrywałem rozdanie za rozdaniem. Nie szaleńczo, nie jakieś ogromne kwoty, ale systematycznie. Kwota na koncie rosła.
Wtedy dotarło do mnie, że to nie jest tylko szczęście. Zacząłem kombinować. Włączyłem drugi monitor, stary, zapomniany, który kurzył się w kącie. Zacząłem zapisywać wyniki. Nie mówię, że oszukiwałem, bo to niemożliwe. Ale zacząłem dostrzegać wzorce, uczyć się, kiedy odejść od stołu. To była matematyka. Strategia.
Zacząłem traktować to jak pracę. Wstawałem o ósmej, myłem zęby, jadłem śniadanie, siadałem do komputera. Nie grałem cały dzień. Godzina, maksymalnie dwie. Wyznaczałem sobie cel, próg zysku. Kiedy go osiągnąłem, zamykałem stronę.
I nagle, po raz pierwszy od lat, nie czułem się bezużyteczny. Wcześniej żyłem z renty. Taka mała koperta co miesiąc, wystarczało na życie, ale nie na godność. Teraz sam zarabiałem. Samodzielnie. Siedząc w tym samym fotelu, bez wychodzenia z domu, bez proszenia nikogo o podwiezienie.
Po trzech miesiącach wypłaciłem pierwsze poważne pieniądze. Nie dużo, jakieś trzy tysiące. Ale to były moje pieniądze, nie z ZUS-u. Kupiłem za to lepszy fotel. Taki, który odciąża kręgosłup. Potem kupiłem nowy monitor, większy. Wreszcie mogłem sobie pozwolić na rzeczy, które ułatwiają mi życie, a nie tylko na przeceniony makaron w Biedronce.
Ludzie mówią, że hazard to nałóg. Może dla nich tak. Dla mnie to był ratunek. To nie było tak, że szukałem wielkiego jackpota, szukałem kontroli. I znalazłem ją, właśnie w vavada casino. To miejsce dało mi pole manewru. Przestałem być tylko odbiorcą pomocy, stałem się graczem.
Najśmieszniejsze jest to, że nie gram już codziennie. Osiągnąłem poziom, w którym to ja wybieram, kiedy chcę zagrać, a nie muszę. Mam odłożone pieniądze na nowy wózek inwalidzki, lekki, tytanowy. Będę mógł sam nim sterować, nie trzeba będzie mnie pchać.
Pamiętam, jak na początku myślałem, że to oszustwo, że to nie może być takie proste. Siedzieć w domu i wygrywać. Dziś wiem, że proste to to nie jest. To wymaga samozaparcia i zimnej krwi. Ale da się.
Czasem wieczorem wchodzę na VK i widzę tych samych znajomych, co wcześniej. Wrzucają zdjęcia, narzekają na pracę, na szefa. Ja nie narzekam. Ja tylko otwieram laptop, loguję się i wiem, że przez najbliższą godzinę świat należy do mnie. Że znowu jestem kimś, kto decyduje. Nie kaleką, nie emerytem. Graczem.
Może to głupie, ale to kasyno było dla mnie jak fizjoterapia, tyle że dla głowy. Odblokowało coś, co myślałem, że straciłem na zawsze. Czasem wystarczy jedna mała rzecz, jeden przycisk, żeby przypomnieć sobie, że jeszcze się nie przegrało.
